Może warto rozejrzeć się dookoła i zastanowić, jaki kolor najbardziej cieszy nasze oko. Jaki kolor cieszy naszą duszę. W sieci można znaleźć wiele wyczerpujących informacji i interpretacji kolorów. Szczerze zachęcam do lektury!
Mi dziś od rana baaaardzo pomarańczowo. A to za przyczyną pewnej dyni -całkiem przyzwoitych rozmiarów. Ponieważ troszkę rozłożyło mnie przeziębienie i z każdego kąta domu ktoś do mnie woła, że nie mam wychodzić na dwór -grzecznie siedzę w cieplutkiej kuchni. Siedzę i tworzę. I tak stworzyłam dziś -zupę-krem z dynii, kompot z goździkami i... placuszki dyniowe. I właśnie te oto placuszki rozłożyły mnie dziś na łopatki. Uroczyście oświadczam, że chyba nigdy nie jadłam jeszcze tak pysznych naleśniczków! Wiem, że o gustach się nie dyskutuje, ale te dyniowe cudeńka podbiły dziś moje serce! Trafiłam przypadkiem na przepis Cremebrulee i inspirując się oryginałem -zrobiłam te właśnie placuszki:
PLACUSZKI DYNIOWE
3/4 szklanki dyniowego puree*
1 szklanka mąki orkiszowej
2 płaskie łyżki brązowego cukru
pół szklanki mleka
1 jajko
1 łyżka octu (u mnie balsamiczny)
pół życzeki proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody oczyszczonej
pół łyżeczki mielonego imbiru
pół łyżeczki cynamonu
spora szczypta mielonych goździków
szczypta mielonego ziela angielskiego
1/3 łyżeczki gałki muszkatałowej
olej lub oliwa do samażenia
Puree z dyni* przygotowałam następująco: pokrojoną na kawałki dynię chwilkę pogotowałam, odsączyłam i rozdusiłam na puree. Dalej: do puree dodajemy ocet, cukier, mleko i jajko. Mieszamy dokładnie i dodajemy resztę suchych składników.
Placuszki smażymy na dobrze rozgrzanej patelni -ja tylko delikatnie przesmarowywałam ją od czasu do czasu oliwą. Moje placuszki formowałam na takie 'ciut większe od tradycyjnych placuszków', ale i 'ciut mniejsze od naleśników'. Ale przecież każdy robi tak, jak mu najwygodniej :)
Podobno dobrze smakują polane miodem -ale ja nie zdążyłam tego zrobić -jadłam na sucho i smakowały rewelacyjnie! :) Bardzo gorąco polecam.