Dziś krótko i na temat. Prawie, że ściśle kulinarnie.
Każdy ma swój mały zestaw sztuczek i metod, które zawsze działają w najbardziej pokrętnej sytuacji.
Pamiętam, jak byłam małą dziewczynką -mama tłumaczyła mi na czym polega magia uśmiechu. Tłumaczyła, niczym prastary sekret, że uśmiech to coś takiego, co rozbraja, co czasem roztapia najgrubsze lody. Bo są sytuacje, kiedy nie wie się co powiedzieć, co zrobić -wtedy wystarcza uśmiech. Bo są ludzie, do których niewiadomo jak dotrzeć -i wtedy też drogę toruje uśmiech.
Uśmiech skraca dystans -i to chyba święta prawda :)
A takim kulinarnym uśmiechem, który jest dobry na każdą sytuację jest "Murzynek" mojej mamy.
To ciasto, to jakiś magiczny twór, który po pierwsze: wywołuje uśmiech; po drugie: pojawiał się u nas błyskawicznie, kiedy niezapowiedzeni goście już dosłownie stali w progu; po trzecie: jest uniwersalny, jak żadne inne ciasto! Pełnił już funkcję całkiem dostojnego tortu, babki czekoladowej, substytutu piernika na Gwiazdkę, i najczęściej -ekspresowego, czekoladowego ciasta, ktróe znają już u nas wszyscy i które nikomu się jeszcze nie znudziło.
A oto i przepis na nieśmiertelnego Murzynka mojej mamci:
MURZYNEK
/na średnią tortownicę/
kostka masła/ margaryny
1 1/3 szklanki cukru
1 cukier wanilinowy
3 łyżki kakao
5 łyżek wody
Składniki umieszczamy w garnuszku i zagotowujemy. Gdy wystygnie, dodajemy:
3 żółtka (białka z oddzielonych jajek osobno ubijamy na pianę, wykorzystujemy później)
2 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
Wszystko dokładnie mieszamy i na koniec dodajemy ubitą pianę z białek. Lekko mieszamy łyżką.
Pieczemy w 180 stopniach 30-40 minut.
Gdy Murzynek wystygnie, przekrawamy go tak, by mieć trzy blaty. Przesmarowujemy je polewą czekoladową, a do jednej warstwy dodajemy kwaskowy dżem, najlepiej z czarnej porzeczki. Całe ciasto również oblewamy polewą i dekorujemy według uznania.
*uwagi:
-Murzynka często dekorujemy wiórkami kokosowaymi, lub orzechami. I często też dodajemy pokruszone orzechy do ciasta
-niektórzy przekładają Murzynka jasnym kremem. Może ktoś próbował?
-i przepis na polewę: zagotowujemy ze sobą połowę składników, z których korzystamy w pierwszym etapie robienia ciasta. To wszystko :)
W razie jakichkolwiek pytań -służe pomocą :)
'simply' -bo sztuką jest szukanie wyjątkowości w tym, co najprostsze, 'mad' - ponieważ małej nutki szaleństwa w życiu życzę każdemu. 'coconut' -bo... bo lubię kokosy!
szukam...:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty
piątek, 14 września 2012
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Sernik z malinami i czekoladą.
Ostatnimi czasy dosłownie 'przebuszowuje' różniaste strony z mądrymi sentencjami.
Ratuje się tymi wielkimi, a czasem jakże prostymi myślami w swoich maleńkich kryzysach. Uśmiecham się w duchu do samej siebie czytając niektóre niesamowicie trafne prawdy o życiu.
Czasem to takie króciutkie zdania, czasem tak dziwacznie wyrwane z kontekstu -a podejrzanie trafiają w samo sedno...
Nie wiem czemu uczepiłam się dziś właśnie tego cytatu pana Antoine de Saint-Exupery (z sernikiem, któy zamieszczam ponizej słabo się komponuje :P), ale dźwięczy mi w uszach już od paru dni. Więc go tu wpiszę. Może właśnei ma trafić do kogoś z Was? :)
Ratuje się tymi wielkimi, a czasem jakże prostymi myślami w swoich maleńkich kryzysach. Uśmiecham się w duchu do samej siebie czytając niektóre niesamowicie trafne prawdy o życiu.
Czasem to takie króciutkie zdania, czasem tak dziwacznie wyrwane z kontekstu -a podejrzanie trafiają w samo sedno...
Nie wiem czemu uczepiłam się dziś właśnie tego cytatu pana Antoine de Saint-Exupery (z sernikiem, któy zamieszczam ponizej słabo się komponuje :P), ale dźwięczy mi w uszach już od paru dni. Więc go tu wpiszę. Może właśnei ma trafić do kogoś z Was? :)
"A żyć możesz tylko dzięki temu, za co mógłbyś umrzeć. "
Ile w tym prawdy? :)
A kulinarnie zapraszam Was na sernik. Taka mała improwizacja, której i samo przygotowywanie i efekt -wprawił w doskonały nastrój. Pierwowzór to sernik z wiśnami, na jasnym spodzie. A po małych eksperymentach -czekoladowy sernik z malinami. Cudnie kremowy, delikatny, pyszny!
SERNIK Z MALINAMI I CZEKOLADĄ
kruchy spód:
3 żółtka
2 łyżki kakao
40 dag mąki
pół kostki margaryny
3 łyżki cukru
płaska łyżeczka proszku do pieczenia
łyżka śmietany
masa serowa:
1kg twarogu (u mnie wiaderkowy)
2 szklanki cukru
cukier wanilinowy
4 żółtka
1 jajko
2 budynie śmietankowe
pół kostki margaryny
tabliczka gorzekiej czekolady
dodatkowo na wierzch:
maliny
białka (ubite ze szklanką cukru i dwma płaskimi łyżkami kartoflanki)
Z podanych składników zagniatamy ciasto, dzielimy an dwie części i chłodzimy około pół godziny w lodówce.
Twaróg ucieramy z cukrem, cukrem wanilinowwym, żółtkami i jajkiem, dodajemy tłuszcz i budynie. Czekoladę kroimy drobno i dodajemy do masy serowej.
Pierwszą część ciasta ścieramy na grubej tarce na blaszkę wyłożoną papierem. Podpiekamy przez około 5 minut, wylewamy na nią masę serową. Na wierzch układamy maliny, rozsmarowujemy pianę z białek i ścieramy drugą część ciasta.
Całość wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na około 40 minut.
Sernik najlepiej smakuje mocno schłodzony.
A to pomocnik fotografa -którego chyba zdążyła znudzić sesja ;)
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Malinowe serduszko, malinowe muffinki.
Wróciłam.
Z serduszkiem na dłoni -tak troszkę wymownie, troszkę symbolicznie.
Chciałoby się powiedzieć, że po tych paru dobrych miesiącach mam sporo zaległości do nadrobienia. Ale nie będę niczego nadrabiać, bo to by oznaczało, że muszę patrzeć wstecz, oglądać się za siebie i znowu cofać.
A mam teraz w sobie pewien głos, takiego małego stróża, który co jakiś czas staje na paluszkach, macha rączkami i woła, i przypomina -że przecież już teraz mam patrzeć tylko w przód. Mało tego: patrzeć w przód z uśmiechem :)
Tak więc -nie ma nadrabiania zaległości, a dochodzą tylko nowe i świeże przepisy i przemyślenia :D
Mówi się, że diabeł tkwi w szczególe. Mówi się, że najpiękniejsze jest to, co proste.
I tak, z połączenia tych mądrości o których się mówi; z niebezpiecznej mikstury moich nastrojów i natchnień zapraszam na przeurocze serduszkowe muffinki.
Malinowe serduszka to chrzest dla moich nowych foremek (na których widok w sklepie zapiszczałam z radości). Muffinki robi siębaaardzo prościutko -z podstawowego przepisu na muffiny jogurtowe. Dalej są tylko delikatnie przybrane malinową nutką :)
Składniki łączymy, najlepiej sprawdzonym sposobem: suche osobno, mokre osobno -i na koniec wszystko razem. Foremki (około 10) napełniamy ciastem do 2/3 wysokości. Babeczki pieczemy około 20minut w 180 stopniach. Jakieś 3 minutki przed wyjęciem z piekarnika włączyłam termoobieg, by ładniej się zrumieniły.
Muffinki odstawiamy do wystygnięcia. Następnie przekrawamy je na pół, smarujemy konfiturą z malin, składamy jak kanakpkę (że tak obrazowo się wyrażę ;)). Przed podaniem opruszamy cukrem pudrem i dekorujemy malinką. Urocze, prawda? :)
Oczywiście kombinacji z takim podstawowym przepisem mogą być całe miliony. Zachęcam do eksperymentowania i oczywiście do podzielenia się pomysłami.
Z serduszkiem na dłoni -tak troszkę wymownie, troszkę symbolicznie.
Chciałoby się powiedzieć, że po tych paru dobrych miesiącach mam sporo zaległości do nadrobienia. Ale nie będę niczego nadrabiać, bo to by oznaczało, że muszę patrzeć wstecz, oglądać się za siebie i znowu cofać.
A mam teraz w sobie pewien głos, takiego małego stróża, który co jakiś czas staje na paluszkach, macha rączkami i woła, i przypomina -że przecież już teraz mam patrzeć tylko w przód. Mało tego: patrzeć w przód z uśmiechem :)
Tak więc -nie ma nadrabiania zaległości, a dochodzą tylko nowe i świeże przepisy i przemyślenia :D
Mówi się, że diabeł tkwi w szczególe. Mówi się, że najpiękniejsze jest to, co proste.
I tak, z połączenia tych mądrości o których się mówi; z niebezpiecznej mikstury moich nastrojów i natchnień zapraszam na przeurocze serduszkowe muffinki.
Malinowe serduszka to chrzest dla moich nowych foremek (na których widok w sklepie zapiszczałam z radości). Muffinki robi siębaaardzo prościutko -z podstawowego przepisu na muffiny jogurtowe. Dalej są tylko delikatnie przybrane malinową nutką :)
MUFFINY MALINOWE SERDUSZKA
2 niepełne szklanki mąki
pół płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia
pół szklanki cukru
1 cukier wanilinowy
szczypta soli
4 łyżki oleju (lub roztopionego masła)
2 łyżki śmietany
1/3 szklanki maślanki
2 jajka
konfitura (lub dżem) malinowy
cukie puder
garść malin
Składniki łączymy, najlepiej sprawdzonym sposobem: suche osobno, mokre osobno -i na koniec wszystko razem. Foremki (około 10) napełniamy ciastem do 2/3 wysokości. Babeczki pieczemy około 20minut w 180 stopniach. Jakieś 3 minutki przed wyjęciem z piekarnika włączyłam termoobieg, by ładniej się zrumieniły.
Muffinki odstawiamy do wystygnięcia. Następnie przekrawamy je na pół, smarujemy konfiturą z malin, składamy jak kanakpkę (że tak obrazowo się wyrażę ;)). Przed podaniem opruszamy cukrem pudrem i dekorujemy malinką. Urocze, prawda? :)
Oczywiście kombinacji z takim podstawowym przepisem mogą być całe miliony. Zachęcam do eksperymentowania i oczywiście do podzielenia się pomysłami.
czwartek, 5 kwietnia 2012
MAZURKI. No to świętujemy! :)
Od tygodni wszelakie babskie pisma pękają w szwach od złotych porad: jak przygotować święta idealne.
Jest czwartek wieczór. I cudów nie ma. Bo czasu jak zwykle mało, lista rzeczy do zrobienia 'na mus' całkiem okazała; lista rzeczy, których mimo najszczerszych chęci już nie zdążę zrobić -jeszcze dłuższa...
Ale! Ale jeśli to prawda, że uczucie szczęścia, to nic innego, jak sposób odbierania rzeczywistości -moje święta będą naprawdę udane. Bo na przykład dziś, swoją świąteczną rzeczywistość zamierzam odbierać przez pryzmat moich bajecznych mazurków :D
Z wiosenno-żółtym tulipankiem w tle, w optymistycznych kolorach pomarańczy, z aromatem czekolady -jakoś przyjemniej robi się na świecie :)
Przepis na mazurka z pomarańczami znalazłam na blogu Moje Wypieki. Ponieważ dziś jeszcze leżakuje i nikt go nie próbował -wierzę na słowo wszystkim, którzy w komentarzach potwierdzali, że jest pyszny. Kruche ciasto zrobiłam z proporcji podanych przez Dorotuś -ale zamiast na dużą blaszkę -wyłożyłam część na kwadratową, część do korytka. I tak powstały mi dwa różne ciasta.
A oto efekt mojej pracy i minimalnych modyfikacji:
KRUCHY SPÓD do mazurków
/kwadratowa blaszka + korytko/
35 dag mąki pszennej
10 dag cukru pudru
20 dag masła
1 łyżka kwaśnej śmietany
2 żóltka
Masło siekamy z mąką i cukrem pudrem. Dodajemy śmietanę, żółtka -zagniatamy szybciutko, formujemy kulę -i chłodzimy w lodówce około godzinki.
Następnie rozwałkowujemy ciasto i wylepiamy nim blaszkę (lub blaszki). Mi udało się tam wymanewrować ze wszystkim, że zostało mi trochę ciasta na zrobienie ramki wokół jednego mazurka.
W cieście robimy kilka dziurek widelcem, wstawiamy do nagrzanego do 200 stopni piekarnika -i pieczemy ok. 20 minut.
MAZUREK POMARAŃCZOWY
4 pomarańcze
1 cytryna
30 dag cukru
60g masy marcepanowej (u mnie batonik z marcepanu)
+ 1 pomarańczka do dekoracji
Cytrusy dokłądnie myjemy i wyparzamy. Delikatnie ścieramy skórkę, obieramy i kroimi w niewielkie cząstki. Całośc zasypujemy cukrem i traktujemy blenderem. Nie trzeba robić z cytrusków totalnej miazgi -chodzi o to, by lekko je rozdrobnić. Tak przygotowane gotujemy na małym ogniu przez jakieś 30 minut. Nasza konfiturka powinna zgęstnieć.
Na upieczony spód ścieramy na grubej tarce marcepan. Na to wylewamy gorącą konfiturę pomarańczową. Dekorujemy! :) Ja, w ślad za Dorotuś użyłam do dekoracji kandyzowanych plastrów pomarańczy i płatków migdałowych. Ale tu już można popłynać i wymyslić coś swojego :)
MAZUREK CZEKOLADOWY
tabliczka czekolady z orzechami
łyżeczka masła
2 łyżki śmietany
1 żółtko
bakalie
Czekoladę roztapiamy z masłem i śmietaną -najlepiej w rondelku lub w mikrofalówce. Dodajemy żółtko, mieszamy dokładnie. Dodajemy posiekane bakalie -wedle uznania. U mnie to kilka daktyli, rodzynki, garść orzechów laskowych i nerkowców, trochę płatków migdałowych. Taką czekoladowo-bakaliową masę wykładamy na upieczony spód do mazurka i zapiekamy w piekarniku przez ok. 10 minut. Gotowe!
Podobno mazurki, to jedne z najprostszych ciast. A ile z nimi frajdy! :)
Jest czwartek wieczór. I cudów nie ma. Bo czasu jak zwykle mało, lista rzeczy do zrobienia 'na mus' całkiem okazała; lista rzeczy, których mimo najszczerszych chęci już nie zdążę zrobić -jeszcze dłuższa...
Ale! Ale jeśli to prawda, że uczucie szczęścia, to nic innego, jak sposób odbierania rzeczywistości -moje święta będą naprawdę udane. Bo na przykład dziś, swoją świąteczną rzeczywistość zamierzam odbierać przez pryzmat moich bajecznych mazurków :D
Z wiosenno-żółtym tulipankiem w tle, w optymistycznych kolorach pomarańczy, z aromatem czekolady -jakoś przyjemniej robi się na świecie :)
Przepis na mazurka z pomarańczami znalazłam na blogu Moje Wypieki. Ponieważ dziś jeszcze leżakuje i nikt go nie próbował -wierzę na słowo wszystkim, którzy w komentarzach potwierdzali, że jest pyszny. Kruche ciasto zrobiłam z proporcji podanych przez Dorotuś -ale zamiast na dużą blaszkę -wyłożyłam część na kwadratową, część do korytka. I tak powstały mi dwa różne ciasta.
A oto efekt mojej pracy i minimalnych modyfikacji:
KRUCHY SPÓD do mazurków
/kwadratowa blaszka + korytko/
35 dag mąki pszennej
10 dag cukru pudru
20 dag masła
1 łyżka kwaśnej śmietany
2 żóltka
Masło siekamy z mąką i cukrem pudrem. Dodajemy śmietanę, żółtka -zagniatamy szybciutko, formujemy kulę -i chłodzimy w lodówce około godzinki.
Następnie rozwałkowujemy ciasto i wylepiamy nim blaszkę (lub blaszki). Mi udało się tam wymanewrować ze wszystkim, że zostało mi trochę ciasta na zrobienie ramki wokół jednego mazurka.
W cieście robimy kilka dziurek widelcem, wstawiamy do nagrzanego do 200 stopni piekarnika -i pieczemy ok. 20 minut.
MAZUREK POMARAŃCZOWY
4 pomarańcze
1 cytryna
30 dag cukru
60g masy marcepanowej (u mnie batonik z marcepanu)
+ 1 pomarańczka do dekoracji
Cytrusy dokłądnie myjemy i wyparzamy. Delikatnie ścieramy skórkę, obieramy i kroimi w niewielkie cząstki. Całośc zasypujemy cukrem i traktujemy blenderem. Nie trzeba robić z cytrusków totalnej miazgi -chodzi o to, by lekko je rozdrobnić. Tak przygotowane gotujemy na małym ogniu przez jakieś 30 minut. Nasza konfiturka powinna zgęstnieć.
Na upieczony spód ścieramy na grubej tarce marcepan. Na to wylewamy gorącą konfiturę pomarańczową. Dekorujemy! :) Ja, w ślad za Dorotuś użyłam do dekoracji kandyzowanych plastrów pomarańczy i płatków migdałowych. Ale tu już można popłynać i wymyslić coś swojego :)
MAZUREK CZEKOLADOWY
tabliczka czekolady z orzechami
łyżeczka masła
2 łyżki śmietany
1 żółtko
bakalie
Czekoladę roztapiamy z masłem i śmietaną -najlepiej w rondelku lub w mikrofalówce. Dodajemy żółtko, mieszamy dokładnie. Dodajemy posiekane bakalie -wedle uznania. U mnie to kilka daktyli, rodzynki, garść orzechów laskowych i nerkowców, trochę płatków migdałowych. Taką czekoladowo-bakaliową masę wykładamy na upieczony spód do mazurka i zapiekamy w piekarniku przez ok. 10 minut. Gotowe!
Podobno mazurki, to jedne z najprostszych ciast. A ile z nimi frajdy! :)
niedziela, 18 marca 2012
Muffiny marchewkowe z serduszkiem.
Gotowanie i pieczenie wymagają serca.
Więc tak naprawdę każda pojedyncza muffinka -to babeczka z serduszkiem :)
A te, które Wam przedstawiam dzisiaj -kryją w sobie serducho bijące nawet potójnie! Po pierwsze kawał serducha przeznaczony dla osób, dla których były przygotowywane. Po drugie -pyszne kremowe nadzienie, które je wypełna -również można potraktować przenośnie. A po trzecie -to oczywiście moje starania i cała pasja włożona w to, by muffinki były tak bardzo pozytywne! :D
Przepis znalazłam na jednym z blogów, który jako pierwotne źródło wskazał stronkę King Arthur Flour. Od samego początku bardzo spodobało mi się połączenie marchewki z serkiem migdałowym. A do tego -zaczarował pysznie słoneczny kolor. Zdążyłam zrobić je już dwa razy -i Wam też serdecznie polecam!
MUFFINY MARCHEWKOWE Z SERKIEM
ciasto:
szklanka marchewki startej na drobnej tarce (ok. 2 średnie marchewki)
2 niepełne szklanki mąki
pół szklanki cukru
1/4 szklanki brązowego cukru (można zwiększyć ilość zwykłego białego cukru)
pół łyżeczki proszku do pieczenia
spora szczypta sody oczyszczonej
czubata łyżeczka cynamonu
3/4 łyżeczki imbiru
szczypta soli
2 duże jajka
pół szklanki wody
1/3 szklanki oleju
nadzienie:
180g mielonego twarogu (lub serka)
2 łyżki cukru pudru
kilka kropel aromatu migdałowego do ciast
Ciasto na muffinki wyrabiamy standardowo -łączymy ze sobą składniki suche i mokre w osobnych naczyniach. Następnie mieszamy obie masy razem, na koniec dodając marchewkę. Twarożek podgrzewamy w mikrofalówce przez niecałą minutę -w najniższej temperaturze. Dodajemy cukier, armoat migdałowy -mieszamy dokładnie.
Przygotowujemy foremki do muffinek -na dno każdej foremki wykładamy łyżeczkę ciasta, na to płaską łyżeczkę serka. Nadzienie przykrywamy kolejną łyżeczką ciasta -delikatnie sklejając boki, by serek nie wypłynął podczas pieczenia (najprawdopodobniej - i tak troszeczkę twarożku może wydostać się na zewnątrz -ale i tak wygląda to apetycznie).
Babeczki wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni, pieczemy przez ok. 25 minut. Smacznego!
Więc tak naprawdę każda pojedyncza muffinka -to babeczka z serduszkiem :)
A te, które Wam przedstawiam dzisiaj -kryją w sobie serducho bijące nawet potójnie! Po pierwsze kawał serducha przeznaczony dla osób, dla których były przygotowywane. Po drugie -pyszne kremowe nadzienie, które je wypełna -również można potraktować przenośnie. A po trzecie -to oczywiście moje starania i cała pasja włożona w to, by muffinki były tak bardzo pozytywne! :D
Przepis znalazłam na jednym z blogów, który jako pierwotne źródło wskazał stronkę King Arthur Flour. Od samego początku bardzo spodobało mi się połączenie marchewki z serkiem migdałowym. A do tego -zaczarował pysznie słoneczny kolor. Zdążyłam zrobić je już dwa razy -i Wam też serdecznie polecam!
MUFFINY MARCHEWKOWE Z SERKIEM
ciasto:
szklanka marchewki startej na drobnej tarce (ok. 2 średnie marchewki)
2 niepełne szklanki mąki
pół szklanki cukru
1/4 szklanki brązowego cukru (można zwiększyć ilość zwykłego białego cukru)
pół łyżeczki proszku do pieczenia
spora szczypta sody oczyszczonej
czubata łyżeczka cynamonu
3/4 łyżeczki imbiru
szczypta soli
2 duże jajka
pół szklanki wody
1/3 szklanki oleju
nadzienie:
180g mielonego twarogu (lub serka)
2 łyżki cukru pudru
kilka kropel aromatu migdałowego do ciast
Ciasto na muffinki wyrabiamy standardowo -łączymy ze sobą składniki suche i mokre w osobnych naczyniach. Następnie mieszamy obie masy razem, na koniec dodając marchewkę. Twarożek podgrzewamy w mikrofalówce przez niecałą minutę -w najniższej temperaturze. Dodajemy cukier, armoat migdałowy -mieszamy dokładnie.
Przygotowujemy foremki do muffinek -na dno każdej foremki wykładamy łyżeczkę ciasta, na to płaską łyżeczkę serka. Nadzienie przykrywamy kolejną łyżeczką ciasta -delikatnie sklejając boki, by serek nie wypłynął podczas pieczenia (najprawdopodobniej - i tak troszeczkę twarożku może wydostać się na zewnątrz -ale i tak wygląda to apetycznie).
Babeczki wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni, pieczemy przez ok. 25 minut. Smacznego!
niedziela, 4 marca 2012
Truskawkowe muffiny -z przyjaźni zimowo-wiosennej.
Rano jeszcze trochę szronu na gałązkach, ale w kącie ogrodu już nieśmiało zwieszają swoje główki przebiśniegi. Cudnie!
Dla mnie to okres 'porozumienia zimowo-wiosennego'.
Niemożliwe? Możliwe!
Ja wierzę w moc porozumień ;)
I dla uczczenia tego właśnie szczególnego okresu -zapraszam na szczególnie smaczne muffiny.
Na klasycznej jogurtowej bazie -z wiosennymi (choć mrożonymi) truskawkami i białą czekoladą. Koniecznie w zimowych papilotkach -to taki pożegnalny uśmiech w stronę zimy :)
MUFFINY Z TRUSKAWKAMI I BIAŁĄ CZEKOLADĄ
2 niepełne szklanki mąki
pół szklanki cukru
płaska łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
2 jajka
1/3 szklanki oleju
jogurt truskawkowy (180 ml)
tabliczka białej czekolady u mnie troszkęmniej -3/4 tabliczki)
szklanka mrozonych truskawek
Ciasto-bazę zarabiam tradycyjnie -łączę ze sobą suche składniki, w osobnej misce mokre, po czym mieszam wszystko razem. Czekoladę kroję w kosteczkę, truskawki w ćwiartki i dodaję domuffinkowej masy. Mieszam delikatnie i nakładam łyżką w foremki wyłożone papilotkami. Piekę dobre 20 minut -aż nabiorą złotego koloru i wyrosną. Pyszne! :D
Taaak -a tu mój kudłaty amator wypieków. Na szczęście do samego pieczenia się nie miesza -bardziej absorbuje go akcja 'fotografowanie babeczek' :)
środa, 28 grudnia 2011
Sezamowiec.
Mam nadzieję, że święta minęły Wam w ciepłej, magicznej atmosferze -mimo, że bez śniegu.
Jednymz owoców mojego przedświątecznego zamieszanai jest ten oto sezamowiec. Przepis znalazłam u Liski i bardzo zachęciło mnie połączenie sezamu, kokosu i chałwy.
Pozostał tylko jeden problem -mimo zamiłowania do kulinarnej estetyki -moje przekładańce zawsze pozostawiają wiele do życzenia... O tu na przykład pomyliłam warstwy i zapomniałam przesmarować kruche ciasto dżemem. Nie wiem czy właśnie przez to, czy przez moją 'rękę' do tego typu ciast -sezamowiec trochę się rozwarstwiał. Ale mimo jego kruchości -był bardzo smaczny. Myślę, że jeszcze wrócę do tego przepisu -z nadzieją, że tym razem wyjdzie, jak powinno :)
A poniżej przepis, cytując za Liską:
SEZAMOWIEC
/blasza 25 x 35cm/
Ciasto kruche:
3 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki cukru pudru
250 g masła/margaryny
5 żółtek
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki kwaśnej śmietany
Masa kokosowa:
2/3 szklanki cukru
200 g wiórków kokosowych
5 białek
Masa chałwowa:
1/2 szklanki cukru
150 g chałwy
125 g miękkiego masła
+1 słoiczek kwaśnego dżemu, np. z czarnej porzeczki
Składniki na kruche ciasto szybko zagniatamy. Dzieli ma dwie częsci, formujemy kule i chłodzimy w lodówce przez 30 minut. W tym czasie przesmażamy skłądniki masy sezamowej. Z lodówki wyciągamy jedną część ciasta, rozwałkowujemy i wylepiamy nią blaszkę. Na wierzchu rozsmarowujemy ciepłą masę sezamową. Całość pieczmy w 180 stopniach przez około 20 minut. Jeśli sezam będzie się przypiekał zbyt mocno -przykrywamy papierem. Po upieczeniu studzimy.
Nestępnie rozwałkowujemy drugą część ciasta, wylepiamy nim blaszkę, smarujemy dżemem. Z białek ubijamy pianę, stopniowo dodajemy cukier, na koniec wiórki kokosowe. Kokosową pianę rozsmarowujemy na cieście z dżemem i pieczemy tak jak poprzedni spód. Studzimy.
Chałwę na krem rozdrabniamy widelcem. Ucieramy masło z cukrem, dodajemy chałwę i mieszamy do uzyskania jednolitej masy.
Ostudzone kruche spody przekładamy kremem chałwowym: na dole sód z sezamem, na to krem, na wierzchu ciasto z dżemem i kokosem. Całość odstawiamy w chłodne miejsce, najlepiej na noc, by warstwy zmiękły i można było łatwo kroić. Powodzenia! :)
Jednymz owoców mojego przedświątecznego zamieszanai jest ten oto sezamowiec. Przepis znalazłam u Liski i bardzo zachęciło mnie połączenie sezamu, kokosu i chałwy.
Pozostał tylko jeden problem -mimo zamiłowania do kulinarnej estetyki -moje przekładańce zawsze pozostawiają wiele do życzenia... O tu na przykład pomyliłam warstwy i zapomniałam przesmarować kruche ciasto dżemem. Nie wiem czy właśnie przez to, czy przez moją 'rękę' do tego typu ciast -sezamowiec trochę się rozwarstwiał. Ale mimo jego kruchości -był bardzo smaczny. Myślę, że jeszcze wrócę do tego przepisu -z nadzieją, że tym razem wyjdzie, jak powinno :)
A poniżej przepis, cytując za Liską:
SEZAMOWIEC
/blasza 25 x 35cm/
Ciasto kruche:
3 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki cukru pudru
250 g masła/margaryny
5 żółtek
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki kwaśnej śmietany
Masa kokosowa:
2/3 szklanki cukru
200 g wiórków kokosowych
5 białek
Masa chałwowa:
1/2 szklanki cukru
150 g chałwy
125 g miękkiego masła
+1 słoiczek kwaśnego dżemu, np. z czarnej porzeczki
Składniki na kruche ciasto szybko zagniatamy. Dzieli ma dwie częsci, formujemy kule i chłodzimy w lodówce przez 30 minut. W tym czasie przesmażamy skłądniki masy sezamowej. Z lodówki wyciągamy jedną część ciasta, rozwałkowujemy i wylepiamy nią blaszkę. Na wierzchu rozsmarowujemy ciepłą masę sezamową. Całość pieczmy w 180 stopniach przez około 20 minut. Jeśli sezam będzie się przypiekał zbyt mocno -przykrywamy papierem. Po upieczeniu studzimy.
Nestępnie rozwałkowujemy drugą część ciasta, wylepiamy nim blaszkę, smarujemy dżemem. Z białek ubijamy pianę, stopniowo dodajemy cukier, na koniec wiórki kokosowe. Kokosową pianę rozsmarowujemy na cieście z dżemem i pieczemy tak jak poprzedni spód. Studzimy.
Chałwę na krem rozdrabniamy widelcem. Ucieramy masło z cukrem, dodajemy chałwę i mieszamy do uzyskania jednolitej masy.
Ostudzone kruche spody przekładamy kremem chałwowym: na dole sód z sezamem, na to krem, na wierzchu ciasto z dżemem i kokosem. Całość odstawiamy w chłodne miejsce, najlepiej na noc, by warstwy zmiękły i można było łatwo kroić. Powodzenia! :)
niedziela, 18 grudnia 2011
Na piernikowym spodzie -sernik z limonką.
Święta zbliżają się coraz szybszym krokiem.
Tyle mówi się o tym, by nie były tylko zamieszaniem pełnym maniakalnego sprzątania i wariackich zakupów.
Więc jak na czas refleksji przestało -myślę. Myślę i rozmyślam.
I nie będę się dziś bardziej rozpisywać. Załączam słowa i utwór, który ostatnio ciągle gdzieś we mnie gra.
Wieczny dylemat, Perfect
Gdy porażką kończy się dzień
sam ze sobą targuję się
czy być dobrym czy złym
czy być nikim czy kimś
o kim zdanie najlepsze się ma
czy na palce się wspiąć
czy na końcu mam siąść
brać co dają czy walczyć i paść
Prowadź mnie gwiazdo ma
w najdalszą dal
ten wielki cyrk zrozumieć daj
pomóż bym głupich dni
zbyt wiele znał
i odjeść mi nie było żal
sam ze sobą targuję się
czy być dobrym czy złym
czy być nikim czy kimś
o kim zdanie najlepsze się ma
czy na palce się wspiąć
czy na końcu mam siąść
brać co dają czy walczyć i paść
Prowadź mnie gwiazdo ma
w najdalszą dal
ten wielki cyrk zrozumieć daj
pomóż bym głupich dni
zbyt wiele znał
i odjeść mi nie było żal
Ponieważ pogoda zdecydowanie nie nastraja świątecznie, upiekłam coś, co właśnie bardzo pasuje mi na ten czas. Sernik z limonką na piernikowym spodzie. Dlaczego właśnie tak? Już tłumaczę :)
Otóż: piernikowy spód, to rzecz jasna, akcent świąteczny. Limonka -to dla mnie smak i aromat dodający energii, orzeźwiający. A tego chyba mi trzeba w te szare i pochmurne, i tak jeszcze mało gwiazdkowe dni.
Sernik nie jest bardzo słodki. Jest leciutko kwaskowy, leciutko korzenny. Jest delikatny i kremowy, ale też dość zbity, dlatego wygodnie się go kroi. A oto i przepis:
SERNIK Z LIMONKĄ
NA PIERNIKOWYM SPODZIE
/tortownica 23cm/
na spód:
200g herbatników lub biszkoptów
100g masła
płaska łyżeczka kardamonupłaska łyżeczka przyprawy piernikowej
płaska łyżka cukru pudru
płaska łyżeczka kakao
masa serowa:
500g serka (lub mielonego twarogu)
szklanka cukru pudru
sok z dwóch limonek
skórka otarta z dwóch limonek
3 żółtka
3 biała ubite na pianę
sos:
100ml jogurtu naturalnego (lub śmietany)
łyżka miodu
pół łyżeczki mielonego kardamonu
Z podanych składników na spód wyrabiamy masę: pokruszone biszkopty mieszamy z kardamonem, przyprawą piernikową, cukrem i roztopionym tłuszczem. Masą wylepiamy dno tortownicy i ścianki do połowy wysokości. Formę schładzamy w lodówce.
Ser ucieramy z cukrem, dodajemy żółtka, sok i skórkę z limonki i na koniec pianę z białek. Po dodaniu piany -mieszamy delikatnie. Całość przekładamy na biszkoptowy spód tortownicy i pieczemy przez około 40 minut w 180 stopniach (ja ustawiłam na dnie piekarnika naczynie z wodą, by sernik był delikatniejszy).
Po 40 minutach wyciągamy sernik z piekarnika i przesmarowujemy wierzch sosem: jogurt naturalny wymieszany z miodem i kardamonem. Pieczemy kolejne 10-15 minut, do zrumienienia.
Kiedy sernik całkiem wystygnie -dekorujemy czekoladą, cynamonem lub gałką muszkatołową.
Najlepiej smakuje schłodzony :)
środa, 14 grudnia 2011
Ciasteczka imbirowo-cytrynowe. Czyli nic na siłę!
Oficjalnie zaczynam pisać pracę magisterską.
Cóż...
W efekcie tego jakże absorbującego przedsięwzięcia -wysprzątałam łazienki, zamiotłam z góry na dół cały dom, urządziłam sobie popołudnie SPA z całą paletą różnych maseczek, upiekłam chleb, po raz setny obejrzałam na podglądzie Dirty Dancing, odwiedziłam przyjaciółkę i wymyśliłam te oto ciasteczka, na które przepis zamieszczam poniżej.
Owocny dzień, mówiąc krótko!
Początkowo wyrzuty sumienia zaczęły mnie nie zjadać, a wręcz pożerać!
Ale -po pierwsze, wychodzę z założenia, że nie ma sensu robić niczego na siłę. Czekam więc na wenę i przypływ motywacji. Musze mieć swój moment! ;) A po drugie -ciasteczka wyszły bardzo dobre: kruche, z lekkim posmakiem cytryny i imbiru. Takie do popołudniowej herbatki.
Zamieszczam przepis na te spontaniczne imbirki, zamykam laptopa i idę... szukać natchnienia do pisania pracy ;)
CIASTECZKA IMBIROWO-CYTRYNOWE
/ok 30 sztuk/
80g masła
1 żółtko
2 łyżki śmietany
niecałe pół szklanki cukru
100g mąki pszennej
100g mąki kukurydzianej
czubata łyżka mączki ziemniaczanej
1/3 łyżeczki sody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
łyżeczka imbiru
łyżeczka startej skórki z cytryny
szczypta soli
i szczypta kurkumy -dla koloru
Wszystkie składniki łączymy ze sobą, zagniatamy. Nabieramy łyżeczką ciasto, formujemy niewielkie kuleczki, układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i spłaszczamy je delikatnie widelcem.
Pieczemy ok 13 minut w 180 stopniach, studzimy na kratce i gotowe! :)
Cóż...
W efekcie tego jakże absorbującego przedsięwzięcia -wysprzątałam łazienki, zamiotłam z góry na dół cały dom, urządziłam sobie popołudnie SPA z całą paletą różnych maseczek, upiekłam chleb, po raz setny obejrzałam na podglądzie Dirty Dancing, odwiedziłam przyjaciółkę i wymyśliłam te oto ciasteczka, na które przepis zamieszczam poniżej.
Owocny dzień, mówiąc krótko!
Początkowo wyrzuty sumienia zaczęły mnie nie zjadać, a wręcz pożerać!
Ale -po pierwsze, wychodzę z założenia, że nie ma sensu robić niczego na siłę. Czekam więc na wenę i przypływ motywacji. Musze mieć swój moment! ;) A po drugie -ciasteczka wyszły bardzo dobre: kruche, z lekkim posmakiem cytryny i imbiru. Takie do popołudniowej herbatki.
Zamieszczam przepis na te spontaniczne imbirki, zamykam laptopa i idę... szukać natchnienia do pisania pracy ;)
CIASTECZKA IMBIROWO-CYTRYNOWE
/ok 30 sztuk/
80g masła
1 żółtko
2 łyżki śmietany
niecałe pół szklanki cukru
100g mąki pszennej
100g mąki kukurydzianej
czubata łyżka mączki ziemniaczanej
1/3 łyżeczki sody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
łyżeczka imbiru
łyżeczka startej skórki z cytryny
szczypta soli
i szczypta kurkumy -dla koloru
Wszystkie składniki łączymy ze sobą, zagniatamy. Nabieramy łyżeczką ciasto, formujemy niewielkie kuleczki, układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i spłaszczamy je delikatnie widelcem.
Pieczemy ok 13 minut w 180 stopniach, studzimy na kratce i gotowe! :)
wtorek, 13 grudnia 2011
O wyjątkowych piernikach, które budzą ducha Świąt.
Określenie 'dom z duszą' dla niektórych brzmi dziś co najmniej śmiesznie. I kiedy mówi się o stole kuchennym -sercu domu, czy też o domu pachnącym chlebem, pieczonym ciastem -można spodziewać się wybuchu śmiechu lub spojrzenia pod tytułem: 'Z jakiej planety jesteś, dziwny stworku?'
Myślę, że to określenie nie jest śmieszne. Tylko coraz bardziej obce, niestety.
Tempo życia jest coraz szybsze. Pośpiech i stres przewartościowują nasze życie. I często, zatrzymanie się choćby na chwile jest dużym ryzykiem, że wypadnie się z tego szalonego rytmu... i co dalej?
Mimo wszystko -chyba nikt nie zaprzeczy, że przed Świętami, w zabieganiu pełnym przygotowań dusza domu się budzi. I nawet jeśli na co dzień, przez cały rok śpi snem kamiennym -przed Świętami jest... inaczej.
Ostatnio marudzę, że nie czuję Świąt tak jak kiedyś, że brakuje mi tej niepowtarzalnej atmosfery, że z wiekiem wszystko gdzieś ulatuje... Jeśli chorujecie na ten sam brak świątecznego ducha -mam na to receptę: pierniczki :)
Wczoraj od rana, mama, jak co roku o tej porze, walczyła z piernikami. A ja, w asyście, jak mała dziewczynka układałam orzeszki. Nie ma szans, by w takiej sytuacji nie udzielił się świąteczny nastrój! Ale gdyby tego było mało -tych bardziej opornych na świąteczne klimaty zachęcam do akcji: dekorowanie pierników.
Cóż... po 4 godzinach malowania śnieżynek, buziek, serduszek -czułam że rośnie mi garb, że ręce trzęsą mi się coraz bardziej, i że przydałyby mi się naprawdę grube okulary. Ale kiedy wstałam od stołu, ogarnęłam wzrokiem trzy stosy najbardziej niepowtarzalnych pierników świata -poczułam dziką satysfakcję! I pewnie wyglądałam jak dzieciak pękający z dumy i radości -ale cel został osiągnięty: święta poczułam każdą najmniejszą komórką :)
Pewnie wiele osób piernikowe akcje ma już za sobą, ale dla tych, którzy do dzieła się dopiero zbierają zamieszczam nasz rodzinny przepis na pierniki. Wychodzą pyszne -mięciutkie, korzenne -takie, jakie powinny być. Ciasto najlepiej zarobić dzień wcześniej, by poleżało przez noc i zgęstniało (gwarantuję, że warto się trochę wysilić i cierpliwie dać mu poleżeć :)).
PIERNIKI
1kg mąki
1 kostka margaryny
6 jajek
0,5kg cukru (można zmniejszyć ilość)
2 duże łyżki kakao
1 mały proszek do pieczenia
1 cukier wanilinowy
1 łyżeczka amoniaku
1 słoik sztucznego miodu (200g)
przyprawa do pierników
szklanka zaparzonej kawy
W dużym garnku karmelizujemy szklankę cukru. Kiedy się rozpuści dolewamy szklankę zaparzonej kawy. Na chwile przykrywamy garnek pokrywką i pozwalamy się uspokoić naszej karmelowo-kawowej substancji. Delikatnie mieszamy płyn, by ewentualne grudki cukru się rozpuściły. Dodajemy kostkę margaryny, miód i resztę cukru. Całość podgrzewamy, zestawiamy z ognia przed zagotowaniem.
W osobnej misce mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, cukier wanilinowy, amoniak, przyprawę piernikową i kakao. Do tych składników wlewamy gorący płyn i całość mieszamy energicznie (można pomóc sobie mikserem lecz później zaleca się drewnianą łyżkę). Kiedy masa nieco wystygnie dodajemy jajka.
Tak przygotowane ciast odstawiamy, by zgęstniało. Najlepiej zarobić je sobie na wieczór, by spokojnie poleżało przez noc.
Na drugi dzień -na bieżąco porcjujemy ciasto, rozwałkowujemy i wycinamy pierniczki. I tu uwaga -by robić to w miarę szybko (gdyż ciasto w cieple robi się bardzo delikatne) i nie podsypywać zbyt dużo mąki (by nie wyszły twarde).
Pierniczki pieczemy ok 12-15 minut w 180 stopniach. Gdy ostygną -dekorujemy według własnej fantazji (większość naszych pierniczków jest ozdobiona lukierem z cukru pudru i białka, część polewą z białej czekolady. A czasem, jeszcze przed pieczeniem -układamy na nich orzeszki).
Do dzieła! :)
Myślę, że to określenie nie jest śmieszne. Tylko coraz bardziej obce, niestety.
Tempo życia jest coraz szybsze. Pośpiech i stres przewartościowują nasze życie. I często, zatrzymanie się choćby na chwile jest dużym ryzykiem, że wypadnie się z tego szalonego rytmu... i co dalej?
Mimo wszystko -chyba nikt nie zaprzeczy, że przed Świętami, w zabieganiu pełnym przygotowań dusza domu się budzi. I nawet jeśli na co dzień, przez cały rok śpi snem kamiennym -przed Świętami jest... inaczej.
Ostatnio marudzę, że nie czuję Świąt tak jak kiedyś, że brakuje mi tej niepowtarzalnej atmosfery, że z wiekiem wszystko gdzieś ulatuje... Jeśli chorujecie na ten sam brak świątecznego ducha -mam na to receptę: pierniczki :)
Wczoraj od rana, mama, jak co roku o tej porze, walczyła z piernikami. A ja, w asyście, jak mała dziewczynka układałam orzeszki. Nie ma szans, by w takiej sytuacji nie udzielił się świąteczny nastrój! Ale gdyby tego było mało -tych bardziej opornych na świąteczne klimaty zachęcam do akcji: dekorowanie pierników.
Cóż... po 4 godzinach malowania śnieżynek, buziek, serduszek -czułam że rośnie mi garb, że ręce trzęsą mi się coraz bardziej, i że przydałyby mi się naprawdę grube okulary. Ale kiedy wstałam od stołu, ogarnęłam wzrokiem trzy stosy najbardziej niepowtarzalnych pierników świata -poczułam dziką satysfakcję! I pewnie wyglądałam jak dzieciak pękający z dumy i radości -ale cel został osiągnięty: święta poczułam każdą najmniejszą komórką :)
Pewnie wiele osób piernikowe akcje ma już za sobą, ale dla tych, którzy do dzieła się dopiero zbierają zamieszczam nasz rodzinny przepis na pierniki. Wychodzą pyszne -mięciutkie, korzenne -takie, jakie powinny być. Ciasto najlepiej zarobić dzień wcześniej, by poleżało przez noc i zgęstniało (gwarantuję, że warto się trochę wysilić i cierpliwie dać mu poleżeć :)).
PIERNIKI
1kg mąki
1 kostka margaryny
6 jajek
0,5kg cukru (można zmniejszyć ilość)
2 duże łyżki kakao
1 mały proszek do pieczenia
1 cukier wanilinowy
1 łyżeczka amoniaku
1 słoik sztucznego miodu (200g)
przyprawa do pierników
szklanka zaparzonej kawy
W dużym garnku karmelizujemy szklankę cukru. Kiedy się rozpuści dolewamy szklankę zaparzonej kawy. Na chwile przykrywamy garnek pokrywką i pozwalamy się uspokoić naszej karmelowo-kawowej substancji. Delikatnie mieszamy płyn, by ewentualne grudki cukru się rozpuściły. Dodajemy kostkę margaryny, miód i resztę cukru. Całość podgrzewamy, zestawiamy z ognia przed zagotowaniem.
W osobnej misce mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, cukier wanilinowy, amoniak, przyprawę piernikową i kakao. Do tych składników wlewamy gorący płyn i całość mieszamy energicznie (można pomóc sobie mikserem lecz później zaleca się drewnianą łyżkę). Kiedy masa nieco wystygnie dodajemy jajka.
Tak przygotowane ciast odstawiamy, by zgęstniało. Najlepiej zarobić je sobie na wieczór, by spokojnie poleżało przez noc.
Na drugi dzień -na bieżąco porcjujemy ciasto, rozwałkowujemy i wycinamy pierniczki. I tu uwaga -by robić to w miarę szybko (gdyż ciasto w cieple robi się bardzo delikatne) i nie podsypywać zbyt dużo mąki (by nie wyszły twarde).
Pierniczki pieczemy ok 12-15 minut w 180 stopniach. Gdy ostygną -dekorujemy według własnej fantazji (większość naszych pierniczków jest ozdobiona lukierem z cukru pudru i białka, część polewą z białej czekolady. A czasem, jeszcze przed pieczeniem -układamy na nich orzeszki).
Do dzieła! :)
niedziela, 11 grudnia 2011
Metoda prób i błędów. Muffiny kawowe.
Ile błędów trzeba popełnić, żeby się udało?
Albo raczej ile błędów można popełnić, by nie było ich za dużo?
Ile trzeba cierpliwości, by zbyt szybko się nie zniechęcić?
I jak dobrze wyciągać wnioski z błędów, by nie tkwić w błędnym kole?
Czasem chciałoby się prosić los o prosty i konkretny wzór na życie.
Nie walczyć, nie szarpać się z życiem, nie błądzić.
Ale tak naprawdę jest coś takiego w ludzkiej naturze, że wiatr wiejący prosto w oczy czasem dobrze nam robi. Bo nawet jeśli przez chwilę jest ciężko i próbujemy żyć po omacku, to w końcu ostrość widzenia nam się poprawia. A droga przebyta nawet na oślep -zawsze dokądś prowadzi...
Często kiedy zabieram się za wrzucenie jakiegoś przepisu, w trakcie zbiera mi się na różne: i życiowe, i mniej życiowe, i ciekawe, i nudne -przemyślenia. No ale grunt, że próbuję później przeskoczyć z nich do notki kulinarnej :)
Skoro już o próbach i błędach mowa -przedstawiam Wam moje kawowe muffinki -efekt eksperymentów i owoc cierpliwości. Kombinowałam, mieszałam i robiłam podobne babeczki wiele razy. W końcu wyszły takie, na jakie czekałam! Są lekko kawowe, mają posmak cappuccino. Trochę w nich orzeszków, trochę gorzkiej czekolady. Są miękkie i wilgotne, może odrobinkę gąbczaste -ale bardzo mi smakują.
A ponieważ są modyfikacją moich różnych pomysłów i ponieważ robiłam je metodą prób i błędów -będę Wam wdzięczna za wszelkie sugestie i ulepszenia! :)
MUFFINY KAWOWE
4 łyżki mąki razowej
4 łyżki mąki pełnoziarnistej
3 łyżki płatków owsianych (najlepiej błyskawicznych)
3 łyżki brązowego cukru
2 łyżki cappuccino
pół łyżeczki sody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka mielonego lnu (rozrobiona w odrobinie wody)*
1 białko (lekko ubite)
2 łyżki oliwy
pół szklanki chłodnej kawy (zaparzonej z konkretnej łyżki kawy rozpuszczalnej)
pół szklaki mleka
garść posiekanch orzechów arachidowych
pół tabliczki pokrojonej drobno gorzkiej czekolady
*len sprawia, że ciasto jest wilgotniejsze, i bardziej zwarte -ale też nadaje mu lekko gąbczastą konsystencję. Mi to odpowiada -ale jeśli ktoś woli, może zamiast tego dodać dodatkowe jajko.
Suche składniki mieszamy w jednym naczyniu, mokre w drugim. Suchą mieszankę przesypujemy do miski z mokrymi składnikami, mieszamy do uzyskania jednolitej masy. Dodajemy orzechy i czekoladę i napełniamy ciastem formy do muffinek. Pieczemy babeczki w 190 stopniach, około 25 minut.
Z podanych proporcji wychodzi mi 8 dużych lub 10 ciut mniejszych muffinek.
Zachęcam do wypróbowania :)
Skoro już o cierpliwości była mowa -nie mogłam się opanować by nie dorzucić zdjęcia mojego psiaka, który wiernie i cierpliwie towarzyszył mi, kiedy gimnastykowałam się nad muffinkami , żeby złapać dobre ujęcie.
Oto już lekko znudzony Misza:
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Muffiny z muesli.
Robienie muffinek jest jedną z rzeczy, która przynosi mi prawdziwą, czystą radość!
Nawet, kiedy w efekcie eksperymentu zamiast puszystej babeczki wychodzi zbity kamień do samoobrony nie zniechęcam się ;)
Dzisiejsze muffinki zrobiłam na bazie przepisu Nigelli. Mówię 'na bazie', bo zmodyfikowałam kilka rzeczy: zmniejszyłam ilość cukru, mąkę zamieniłam na pełnoziarnistą, zamiast granoli dodałam muesli własnej roboty (wcześniej namoczone w mleku) i dosypałam dwie łyżki siemienia lnianego i zmniejszyłam ilość tłuszczu. Babeczki są naprawdę smaczne: mięciutkie, wilgotne i pełne smakowitych bakalii. Jak dla mnie, to wymarzone śniadanko!
MUFFINY Z MUESLI
/wg Nigelli Lawson/
1 1/2 szklanki mąki pełnoziarnistej
1/3 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 szklanki brązowego cukru
220g muesli* (namoczone wcześniej w mleku)
szklanka maślanki
1 duże jajko
1/5 szklanki oliwy
*moje domowe muesli to mieszanka płatków owsianych z rodzynkami, pokrojonymi w kosteczkę suszonymi morelami i bananami, słonecznikiem, fistaszkami i wiórkami kokosowymi
W osobnych naczyniach łączymy suche składniki i mokre. Dodajemy do siebie zawartości obu naczyń, mieszamy i napełniamy formy do muffinek do 2/3 wysokości.
Muffinki pieczemy ok. 25 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni. Studzimy na kratce.
Nawet, kiedy w efekcie eksperymentu zamiast puszystej babeczki wychodzi zbity kamień do samoobrony nie zniechęcam się ;)
Dzisiejsze muffinki zrobiłam na bazie przepisu Nigelli. Mówię 'na bazie', bo zmodyfikowałam kilka rzeczy: zmniejszyłam ilość cukru, mąkę zamieniłam na pełnoziarnistą, zamiast granoli dodałam muesli własnej roboty (wcześniej namoczone w mleku) i dosypałam dwie łyżki siemienia lnianego i zmniejszyłam ilość tłuszczu. Babeczki są naprawdę smaczne: mięciutkie, wilgotne i pełne smakowitych bakalii. Jak dla mnie, to wymarzone śniadanko!
MUFFINY Z MUESLI
/wg Nigelli Lawson/
1 1/2 szklanki mąki pełnoziarnistej
1/3 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 szklanki brązowego cukru
220g muesli* (namoczone wcześniej w mleku)
szklanka maślanki
1 duże jajko
1/5 szklanki oliwy
*moje domowe muesli to mieszanka płatków owsianych z rodzynkami, pokrojonymi w kosteczkę suszonymi morelami i bananami, słonecznikiem, fistaszkami i wiórkami kokosowymi
W osobnych naczyniach łączymy suche składniki i mokre. Dodajemy do siebie zawartości obu naczyń, mieszamy i napełniamy formy do muffinek do 2/3 wysokości.
Muffinki pieczemy ok. 25 minut w piekarniku nagrzanym do 200 stopni. Studzimy na kratce.
niedziela, 4 grudnia 2011
O muffinach czekoladowych i o tym, że nie warto odkładać niczego na później,
Czasem za głowę się łapię na samą myśl o tym, ile rzeczy przechodzi mi w życiu koło nosa przez to, że odkładam coś na później. I przez to odkładanie i pozwalanie sobie na taką nieuzasadnioną bierność pozbawiam się szansy spotkania z kimś wyjątkowym, zobaczenia czegoś wyjątkowego. Bo trzeba dodać, że jak już się zacznie odkładać coś na później, to często wpada się w błędne koło -i odkłada bez końca.
Spędziłam PRZEmiły i PRZEwesoły weekend w Opolu. I oprócz wspaniałych buziek wspaniałych osób, z którymi mogłam ten czas dzielić -strasznie cieszy mnie fakt, że się najzwyczajniej w świecie 'wybrałam'. Bo to przychodzi mi najtrudniej: 'wybrać się' i nie odkładać niczego na inny termin.
I korzystając z okazji, uroczyście sobie przysięgam uciszać mojego wewnętrznego lenia -kiedy tylko będzie próbował zniechęcać mnie do podobnych pomysłów.
Zahaczając o kulinaria dodać muszę, że drogę do Opola osładzały nam obłędnie czekoladowe muffinki Nigelli. Robiłam je po raz pierwszy i od razu wpisuję je do kanonu 'moich muffinek'. Polecam wszystkim amatorom czekolady!
MUFFINY CZEKOLADOWE
/wg Nigelli Lawson z książki 'The Feast'/
Spędziłam PRZEmiły i PRZEwesoły weekend w Opolu. I oprócz wspaniałych buziek wspaniałych osób, z którymi mogłam ten czas dzielić -strasznie cieszy mnie fakt, że się najzwyczajniej w świecie 'wybrałam'. Bo to przychodzi mi najtrudniej: 'wybrać się' i nie odkładać niczego na inny termin.
I korzystając z okazji, uroczyście sobie przysięgam uciszać mojego wewnętrznego lenia -kiedy tylko będzie próbował zniechęcać mnie do podobnych pomysłów.
Zahaczając o kulinaria dodać muszę, że drogę do Opola osładzały nam obłędnie czekoladowe muffinki Nigelli. Robiłam je po raz pierwszy i od razu wpisuję je do kanonu 'moich muffinek'. Polecam wszystkim amatorom czekolady!
MUFFINY CZEKOLADOWE
/wg Nigelli Lawson z książki 'The Feast'/
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
½ łyżeczki sody
2 łyżki kakao
175 g cukru pudru
150 g posiekanej czekolady deserowej
250 ml mleka
90 ml oleju
1 duże jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii ( u mnie cukier wanilinowy)
Standardowo -w osobnych miskach łączymy składniki suche i mokre, po czym mieszamy wszystko razem. Napełniamy foremki do muffinek do 2/3 wysokości i pieczemy w 200 stopniach przez około 20 minut.
Dekorujemy dowolnie -można posypać je jeszcze przed pieczeniem odrobiną czekoladowych kawałków, można ozdobić je czekoladową polewą, kiedy wystygną.
Są pyszne! :)
*z podanych składników wychodzi około 12 muffinek
** przepis dodaję do akcji Słodkości Nigelli
I jeszcze opolska uliczka i widok na Odrę.
Tak, bo właśnie ten wyjazd był inspiracją dla tych muffinek :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)