Dziś krótko i na temat. Prawie, że ściśle kulinarnie.
Każdy ma swój mały zestaw sztuczek i metod, które zawsze działają w najbardziej pokrętnej sytuacji.
Pamiętam, jak byłam małą dziewczynką -mama tłumaczyła mi na czym polega magia uśmiechu. Tłumaczyła, niczym prastary sekret, że uśmiech to coś takiego, co rozbraja, co czasem roztapia najgrubsze lody. Bo są sytuacje, kiedy nie wie się co powiedzieć, co zrobić -wtedy wystarcza uśmiech. Bo są ludzie, do których niewiadomo jak dotrzeć -i wtedy też drogę toruje uśmiech.
Uśmiech skraca dystans -i to chyba święta prawda :)
A takim kulinarnym uśmiechem, który jest dobry na każdą sytuację jest "Murzynek" mojej mamy.
To ciasto, to jakiś magiczny twór, który po pierwsze: wywołuje uśmiech; po drugie: pojawiał się u nas błyskawicznie, kiedy niezapowiedzeni goście już dosłownie stali w progu; po trzecie: jest uniwersalny, jak żadne inne ciasto! Pełnił już funkcję całkiem dostojnego tortu, babki czekoladowej, substytutu piernika na Gwiazdkę, i najczęściej -ekspresowego, czekoladowego ciasta, ktróe znają już u nas wszyscy i które nikomu się jeszcze nie znudziło.
A oto i przepis na nieśmiertelnego Murzynka mojej mamci:
MURZYNEK
/na średnią tortownicę/
kostka masła/ margaryny
1 1/3 szklanki cukru
1 cukier wanilinowy
3 łyżki kakao
5 łyżek wody
Składniki umieszczamy w garnuszku i zagotowujemy. Gdy wystygnie, dodajemy:
3 żółtka (białka z oddzielonych jajek osobno ubijamy na pianę, wykorzystujemy później)
2 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
Wszystko dokładnie mieszamy i na koniec dodajemy ubitą pianę z białek. Lekko mieszamy łyżką.
Pieczemy w 180 stopniach 30-40 minut.
Gdy Murzynek wystygnie, przekrawamy go tak, by mieć trzy blaty. Przesmarowujemy je polewą czekoladową, a do jednej warstwy dodajemy kwaskowy dżem, najlepiej z czarnej porzeczki. Całe ciasto również oblewamy polewą i dekorujemy według uznania.
*uwagi:
-Murzynka często dekorujemy wiórkami kokosowaymi, lub orzechami. I często też dodajemy pokruszone orzechy do ciasta
-niektórzy przekładają Murzynka jasnym kremem. Może ktoś próbował?
-i przepis na polewę: zagotowujemy ze sobą połowę składników, z których korzystamy w pierwszym etapie robienia ciasta. To wszystko :)
W razie jakichkolwiek pytań -służe pomocą :)
'simply' -bo sztuką jest szukanie wyjątkowości w tym, co najprostsze, 'mad' - ponieważ małej nutki szaleństwa w życiu życzę każdemu. 'coconut' -bo... bo lubię kokosy!
szukam...:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty
piątek, 14 września 2012
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Sernik z malinami i czekoladą.
Ostatnimi czasy dosłownie 'przebuszowuje' różniaste strony z mądrymi sentencjami.
Ratuje się tymi wielkimi, a czasem jakże prostymi myślami w swoich maleńkich kryzysach. Uśmiecham się w duchu do samej siebie czytając niektóre niesamowicie trafne prawdy o życiu.
Czasem to takie króciutkie zdania, czasem tak dziwacznie wyrwane z kontekstu -a podejrzanie trafiają w samo sedno...
Nie wiem czemu uczepiłam się dziś właśnie tego cytatu pana Antoine de Saint-Exupery (z sernikiem, któy zamieszczam ponizej słabo się komponuje :P), ale dźwięczy mi w uszach już od paru dni. Więc go tu wpiszę. Może właśnei ma trafić do kogoś z Was? :)
Ratuje się tymi wielkimi, a czasem jakże prostymi myślami w swoich maleńkich kryzysach. Uśmiecham się w duchu do samej siebie czytając niektóre niesamowicie trafne prawdy o życiu.
Czasem to takie króciutkie zdania, czasem tak dziwacznie wyrwane z kontekstu -a podejrzanie trafiają w samo sedno...
Nie wiem czemu uczepiłam się dziś właśnie tego cytatu pana Antoine de Saint-Exupery (z sernikiem, któy zamieszczam ponizej słabo się komponuje :P), ale dźwięczy mi w uszach już od paru dni. Więc go tu wpiszę. Może właśnei ma trafić do kogoś z Was? :)
"A żyć możesz tylko dzięki temu, za co mógłbyś umrzeć. "
Ile w tym prawdy? :)
A kulinarnie zapraszam Was na sernik. Taka mała improwizacja, której i samo przygotowywanie i efekt -wprawił w doskonały nastrój. Pierwowzór to sernik z wiśnami, na jasnym spodzie. A po małych eksperymentach -czekoladowy sernik z malinami. Cudnie kremowy, delikatny, pyszny!
SERNIK Z MALINAMI I CZEKOLADĄ
kruchy spód:
3 żółtka
2 łyżki kakao
40 dag mąki
pół kostki margaryny
3 łyżki cukru
płaska łyżeczka proszku do pieczenia
łyżka śmietany
masa serowa:
1kg twarogu (u mnie wiaderkowy)
2 szklanki cukru
cukier wanilinowy
4 żółtka
1 jajko
2 budynie śmietankowe
pół kostki margaryny
tabliczka gorzekiej czekolady
dodatkowo na wierzch:
maliny
białka (ubite ze szklanką cukru i dwma płaskimi łyżkami kartoflanki)
Z podanych składników zagniatamy ciasto, dzielimy an dwie części i chłodzimy około pół godziny w lodówce.
Twaróg ucieramy z cukrem, cukrem wanilinowwym, żółtkami i jajkiem, dodajemy tłuszcz i budynie. Czekoladę kroimy drobno i dodajemy do masy serowej.
Pierwszą część ciasta ścieramy na grubej tarce na blaszkę wyłożoną papierem. Podpiekamy przez około 5 minut, wylewamy na nią masę serową. Na wierzch układamy maliny, rozsmarowujemy pianę z białek i ścieramy drugą część ciasta.
Całość wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na około 40 minut.
Sernik najlepiej smakuje mocno schłodzony.
A to pomocnik fotografa -którego chyba zdążyła znudzić sesja ;)
niedziela, 11 grudnia 2011
Metoda prób i błędów. Muffiny kawowe.
Ile błędów trzeba popełnić, żeby się udało?
Albo raczej ile błędów można popełnić, by nie było ich za dużo?
Ile trzeba cierpliwości, by zbyt szybko się nie zniechęcić?
I jak dobrze wyciągać wnioski z błędów, by nie tkwić w błędnym kole?
Czasem chciałoby się prosić los o prosty i konkretny wzór na życie.
Nie walczyć, nie szarpać się z życiem, nie błądzić.
Ale tak naprawdę jest coś takiego w ludzkiej naturze, że wiatr wiejący prosto w oczy czasem dobrze nam robi. Bo nawet jeśli przez chwilę jest ciężko i próbujemy żyć po omacku, to w końcu ostrość widzenia nam się poprawia. A droga przebyta nawet na oślep -zawsze dokądś prowadzi...
Często kiedy zabieram się za wrzucenie jakiegoś przepisu, w trakcie zbiera mi się na różne: i życiowe, i mniej życiowe, i ciekawe, i nudne -przemyślenia. No ale grunt, że próbuję później przeskoczyć z nich do notki kulinarnej :)
Skoro już o próbach i błędach mowa -przedstawiam Wam moje kawowe muffinki -efekt eksperymentów i owoc cierpliwości. Kombinowałam, mieszałam i robiłam podobne babeczki wiele razy. W końcu wyszły takie, na jakie czekałam! Są lekko kawowe, mają posmak cappuccino. Trochę w nich orzeszków, trochę gorzkiej czekolady. Są miękkie i wilgotne, może odrobinkę gąbczaste -ale bardzo mi smakują.
A ponieważ są modyfikacją moich różnych pomysłów i ponieważ robiłam je metodą prób i błędów -będę Wam wdzięczna za wszelkie sugestie i ulepszenia! :)
MUFFINY KAWOWE
4 łyżki mąki razowej
4 łyżki mąki pełnoziarnistej
3 łyżki płatków owsianych (najlepiej błyskawicznych)
3 łyżki brązowego cukru
2 łyżki cappuccino
pół łyżeczki sody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka mielonego lnu (rozrobiona w odrobinie wody)*
1 białko (lekko ubite)
2 łyżki oliwy
pół szklanki chłodnej kawy (zaparzonej z konkretnej łyżki kawy rozpuszczalnej)
pół szklaki mleka
garść posiekanch orzechów arachidowych
pół tabliczki pokrojonej drobno gorzkiej czekolady
*len sprawia, że ciasto jest wilgotniejsze, i bardziej zwarte -ale też nadaje mu lekko gąbczastą konsystencję. Mi to odpowiada -ale jeśli ktoś woli, może zamiast tego dodać dodatkowe jajko.
Suche składniki mieszamy w jednym naczyniu, mokre w drugim. Suchą mieszankę przesypujemy do miski z mokrymi składnikami, mieszamy do uzyskania jednolitej masy. Dodajemy orzechy i czekoladę i napełniamy ciastem formy do muffinek. Pieczemy babeczki w 190 stopniach, około 25 minut.
Z podanych proporcji wychodzi mi 8 dużych lub 10 ciut mniejszych muffinek.
Zachęcam do wypróbowania :)
Skoro już o cierpliwości była mowa -nie mogłam się opanować by nie dorzucić zdjęcia mojego psiaka, który wiernie i cierpliwie towarzyszył mi, kiedy gimnastykowałam się nad muffinkami , żeby złapać dobre ujęcie.
Oto już lekko znudzony Misza:
niedziela, 4 grudnia 2011
O muffinach czekoladowych i o tym, że nie warto odkładać niczego na później,
Czasem za głowę się łapię na samą myśl o tym, ile rzeczy przechodzi mi w życiu koło nosa przez to, że odkładam coś na później. I przez to odkładanie i pozwalanie sobie na taką nieuzasadnioną bierność pozbawiam się szansy spotkania z kimś wyjątkowym, zobaczenia czegoś wyjątkowego. Bo trzeba dodać, że jak już się zacznie odkładać coś na później, to często wpada się w błędne koło -i odkłada bez końca.
Spędziłam PRZEmiły i PRZEwesoły weekend w Opolu. I oprócz wspaniałych buziek wspaniałych osób, z którymi mogłam ten czas dzielić -strasznie cieszy mnie fakt, że się najzwyczajniej w świecie 'wybrałam'. Bo to przychodzi mi najtrudniej: 'wybrać się' i nie odkładać niczego na inny termin.
I korzystając z okazji, uroczyście sobie przysięgam uciszać mojego wewnętrznego lenia -kiedy tylko będzie próbował zniechęcać mnie do podobnych pomysłów.
Zahaczając o kulinaria dodać muszę, że drogę do Opola osładzały nam obłędnie czekoladowe muffinki Nigelli. Robiłam je po raz pierwszy i od razu wpisuję je do kanonu 'moich muffinek'. Polecam wszystkim amatorom czekolady!
MUFFINY CZEKOLADOWE
/wg Nigelli Lawson z książki 'The Feast'/
Spędziłam PRZEmiły i PRZEwesoły weekend w Opolu. I oprócz wspaniałych buziek wspaniałych osób, z którymi mogłam ten czas dzielić -strasznie cieszy mnie fakt, że się najzwyczajniej w świecie 'wybrałam'. Bo to przychodzi mi najtrudniej: 'wybrać się' i nie odkładać niczego na inny termin.
I korzystając z okazji, uroczyście sobie przysięgam uciszać mojego wewnętrznego lenia -kiedy tylko będzie próbował zniechęcać mnie do podobnych pomysłów.
Zahaczając o kulinaria dodać muszę, że drogę do Opola osładzały nam obłędnie czekoladowe muffinki Nigelli. Robiłam je po raz pierwszy i od razu wpisuję je do kanonu 'moich muffinek'. Polecam wszystkim amatorom czekolady!
MUFFINY CZEKOLADOWE
/wg Nigelli Lawson z książki 'The Feast'/
250 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
½ łyżeczki sody
2 łyżki kakao
175 g cukru pudru
150 g posiekanej czekolady deserowej
250 ml mleka
90 ml oleju
1 duże jajko
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii ( u mnie cukier wanilinowy)
Standardowo -w osobnych miskach łączymy składniki suche i mokre, po czym mieszamy wszystko razem. Napełniamy foremki do muffinek do 2/3 wysokości i pieczemy w 200 stopniach przez około 20 minut.
Dekorujemy dowolnie -można posypać je jeszcze przed pieczeniem odrobiną czekoladowych kawałków, można ozdobić je czekoladową polewą, kiedy wystygną.
Są pyszne! :)
*z podanych składników wychodzi około 12 muffinek
** przepis dodaję do akcji Słodkości Nigelli
I jeszcze opolska uliczka i widok na Odrę.
Tak, bo właśnie ten wyjazd był inspiracją dla tych muffinek :)
środa, 2 listopada 2011
Takie-jakby-bounty i mleczna mgła.
Gdybym była dzieckiem, pewnie wierzyłabym, że ktoś dziś w niebie rozlał mleko.
Bo za oknem jest biało od mgły.
Czasem tak mi trochę żal; żal tej dziecięcej wyobraźni. Takiej naiwnej, takiej nie znającej granic. Żal mi troszkę, jak sobie pomyślę, że kiedyś, dzięki tej wyobraźni wszystko było możliwe...
A dziś? Dziś, niech ta mgła z mleka przypomni mi, że wyobraźnia nie musi mieć granic. Ani wyobraźnia, ani marzenia...
A z kącika moich kulinarnych pomysłów odkurzam dziś zdjęcia kokosowego ciasta, które piekłam już jakiś czas temu. Według mnie to ciasto, to 'takie-jakby-bounty'. Znalazłam je na blogu Dorotuś, odrobinkę zmieniłam proporcje.
Ciasto jest bardzo dobre: biszkopt kakaowy i wilgotny, masa kokosowa smakuje niebiańsko, a polewa z czekolady dopełnia całości tak, że jeśli chodzi o zestawienie smaków: nic dodać, nic ująć :)
Bo za oknem jest biało od mgły.
Czasem tak mi trochę żal; żal tej dziecięcej wyobraźni. Takiej naiwnej, takiej nie znającej granic. Żal mi troszkę, jak sobie pomyślę, że kiedyś, dzięki tej wyobraźni wszystko było możliwe...
A dziś? Dziś, niech ta mgła z mleka przypomni mi, że wyobraźnia nie musi mieć granic. Ani wyobraźnia, ani marzenia...
A z kącika moich kulinarnych pomysłów odkurzam dziś zdjęcia kokosowego ciasta, które piekłam już jakiś czas temu. Według mnie to ciasto, to 'takie-jakby-bounty'. Znalazłam je na blogu Dorotuś, odrobinkę zmieniłam proporcje.
Ciasto jest bardzo dobre: biszkopt kakaowy i wilgotny, masa kokosowa smakuje niebiańsko, a polewa z czekolady dopełnia całości tak, że jeśli chodzi o zestawienie smaków: nic dodać, nic ująć :)
CIASTO KOKOSOWO-CZEKOLADOWE
/takie-jakby-bounty/
Biszkopt:
5 jajek
1 niepełna szklanka mąki pszennej
pół szklanki cukru
2 łyżki kakao
łyżeczka proszku do pieczenia
Masa kokosowa:
3 szklanki mleka
1/2 szklanki cukru
20 dag masła
30 dag wiórek kokosowych
cukier waniliowy
Polewa:
tabliczka mlecznej czekolady
tabliczka gorzkiej czekolady
12,5 dag margaryny
Białka ubijamy na pianę, dodajemy cukier i żółtka. Na koniec dodajemy mąkę z proszkiem do pieczenia i kakao. Mieszamy delikatnie i przelewamy na wysmarowaną tłuszczem i wyłożoną papierem do pieczenia blachę (u Dorotuś blaszka miała wymiary 20 na 35cm, ja zaryzykowałam ciut niższy biszkopt i piekłam go na standardowej, trochę większej blasze. Ciasto było niższe, ale zrobiłam więcej masy kokosowej.) Pieczemy biszkopt w temperaturze 170 - 180 stopni przez około 30 minut. Ostudzony lekko nasączamy wodą lub zimną, słabą kawą.
Mleko gotujemy z cukrem i cukrem waniliowym. Dodajemy wiórki kokosowe i gotujemy wszystko razem aż do zgęstnienia masy (około 20 minut). Do gorącej masy dodajemy masło, i mieszamy całość do jego rozpuszczenia. Ostudzoną masę kokosową wykładamy na biszkopt.
Czekolady i margarynę rozpuszczamy razem w kąpieli wodnej. Mieszamy do uzyskania gładkiej, jednolitej polewy. Rozsmarowujemy na masie kokosowej.
Ciasto chłodzimy w lodówce przez kilka godzin.
To wszystko -smacznego! :)
piątek, 17 czerwca 2011
Czekoladowa tarta. Od serca!
Prawda jest taka, że potrzebowałam czegoś w kształcie serduszka. W pośpiechu wertowałam zeszyt z przepisami, segregator, stertę gazet -aż wreszcie zrobiłam mały mix kilku fajnych pomysłów na tartę i wyszło to oto czekoladowe serducho. Spód troszkę za mocno spiekłam, ale gwarantuję, że przy jakichkolwiek poślizgach w przygotowywaniu ciasta -masa czekoladowa wynagradza wszelkie niedociągnięcia!
TARTA CZEKOLADOWA:
spód:
110 miękkiego masła
90g miałkiego cukru
1 jajko
200g mąki
masa czekoladowa:
200g czekolady (u mnie gorzka i mleczna)
200 ml kremówki
1 jajko
5 łyżek mleka
Składniki na spód łączymy ze sobą w kolejności: masło i cukier ucieramy na puszystą masę, miksujemy z jajkiem i do dodaniu mąki krótko zagniatamy. Formujemy kulę, owijamy folią spożywczą i schładzamy przez ok. 30 minut w lodówce.
Schłodzone ciasto rozwałkowujemy i wylepiamy nim formę do tarty. Nakłuwamy widelcem, przykrywamy folią aluminiową obciążoną grochem lub fasolą -i podpiekamy przez 15 minut w 180 stopnicach.
Połamaną czekoladę roztapiamy w mikrofalówce lub kąpieli wodnej. Dodajemy śmietankę (ja ją lekko ubiłam) i mleko. Mieszamy do uzyskania gładkiej masy i na koniec dodajemy roztrzepane jajko.
Całość wylewamy na podpieczony spód do tarty (wcześniej oczywiście usuwamy folię i fasolę!). Całą tartę pieczemy jeszcze około 20 minut, aby masa czekoladowa się ścięła.
Po wystudzeniu -dekorujemy wg własnej inwencji twórczej i schładzamy przed podaniem.
Smacznego!
sobota, 29 stycznia 2011
Czekoladowa chmura -moja klasyka z przepisów Lawson.
Chyba nie znam osoby, która kiedykolwiek robiła lub próbowała tego ciasta -i nie uśmiecha się na samo jego wspomnienie. Sama nazwa 'czekoladowa chmura' rozbudza wyobraźnię.
Pierwszy raz przygotowałam je jako torcik urodzinowy dla bliskiej mi osoby. Tę eksperymentalną wersję wzbogaciłam o wiśnie -ale tu podaję oryginalny przepis na to proste ciasto, któe zdaniem Nigelli "poprawia nastrój":
Ciasto CZEKOLADOWA CHMURA
/przepis na tortownicę o średnicy 23cm/
Ciasto:
250g ciemnej czekolady (najlepiej takiej z większą zawartością kakao)
125g miękkiego masła
6 jajek: 2 całe, 4 z żółtkami oddzielonymi od białek
175g cukru
skórka starta z 1 pomarańczki (opcjonalnie)
Chmurka:
500ml śmietany kremówki
2 łyżeczki cukru wanilinowego
pół łyżeczki ciemnego kakao (do posypania)
Piekarnik rozgrzewamy do 180stopni. Dno tortownicy wykładamy papierem.
W mikrofali lub kąpieli wodnej (preferuję drugi sposób) rozpuszcamy czekoladę. Dodajemy do niej masło i odstawiamy, by masa lekko przestygła.
W tym czasie ubijamy 2 całe jajka i 4 żółtka z 75g cukru. Całość delikatnie łączymy z czekoladą i skórką pomarańczową.
W osobnej misce ubijamy pianę z pozostałych białek i cukru. Nigella łączy białka z czekoladową masą specjalną techniką: należy najpierw delikatnie wmieszać dwie łyżki piany do masy czekoladowej, a później całą masę ostrożnie przełożyć do białek i wymieszać.
Gotową masę przekłądamy do tortownicy i pieczemy 30-40minut. Ciasto powinno popękać i lekko urosnąć. Po wyciągnięciu z piekarnika, w miarę stygnięcia -środek będzie się zapadał tworząc mały krater. I w tym właśnie kraterze umieszczamy naszą śmietanową chmurkę: kremówkę ubitą z cukrem wanilinowym.
Całość dekorujemy opruszając je kakaem (najlepiej za pomocą sitka).
Mimo kruszących się boków ciasto jest efektowne. A przede wszystkim-pyszne!
Pierwszy raz przygotowałam je jako torcik urodzinowy dla bliskiej mi osoby. Tę eksperymentalną wersję wzbogaciłam o wiśnie -ale tu podaję oryginalny przepis na to proste ciasto, któe zdaniem Nigelli "poprawia nastrój":
Ciasto CZEKOLADOWA CHMURA
/przepis na tortownicę o średnicy 23cm/
Ciasto:
250g ciemnej czekolady (najlepiej takiej z większą zawartością kakao)
125g miękkiego masła
6 jajek: 2 całe, 4 z żółtkami oddzielonymi od białek
175g cukru
skórka starta z 1 pomarańczki (opcjonalnie)
Chmurka:
500ml śmietany kremówki
2 łyżeczki cukru wanilinowego
pół łyżeczki ciemnego kakao (do posypania)
W mikrofali lub kąpieli wodnej (preferuję drugi sposób) rozpuszcamy czekoladę. Dodajemy do niej masło i odstawiamy, by masa lekko przestygła.
W tym czasie ubijamy 2 całe jajka i 4 żółtka z 75g cukru. Całość delikatnie łączymy z czekoladą i skórką pomarańczową.
W osobnej misce ubijamy pianę z pozostałych białek i cukru. Nigella łączy białka z czekoladową masą specjalną techniką: należy najpierw delikatnie wmieszać dwie łyżki piany do masy czekoladowej, a później całą masę ostrożnie przełożyć do białek i wymieszać.
Gotową masę przekłądamy do tortownicy i pieczemy 30-40minut. Ciasto powinno popękać i lekko urosnąć. Po wyciągnięciu z piekarnika, w miarę stygnięcia -środek będzie się zapadał tworząc mały krater. I w tym właśnie kraterze umieszczamy naszą śmietanową chmurkę: kremówkę ubitą z cukrem wanilinowym.
Całość dekorujemy opruszając je kakaem (najlepiej za pomocą sitka).
Mimo kruszących się boków ciasto jest efektowne. A przede wszystkim-pyszne!
poniedziałek, 8 listopada 2010
Tort a'la Sacher. Wyrafinowana improwizacja.
Skusił mnie ten głęboko-czekoladowy kolor.
Nie piekłam wcześniej tortów, dlatego ten wypiek nazywam moją improwizacją.
I choć to mój mały debiut -muszę przyznać, że wykonanie tego tortu to żadna filozofia. Robi się go łatwo i przyjemnie!
Mimo, że sama robiłam go latem (zdjęcia cierpliwie czekały na publikację) -to myślę, że warto urozmaicić sobię długie listopadowe wieczory takim słodkim czekoladowym akcentem.
W przepisach przebierałam bardzo długo -ale ostatecznie najbardziej przypadł mi do gustu ten od Komarki:
Tort a'la Sacher
ciasto:
150g czekolady (najlepiej ciemnej)
6 białek
4 żółtka
150g miękkiego masła
150g cukru
1 łyżka cukru z prawdziwą wanilią
100g bułki tartej
dodatkowo:
125g konfitury morelowej (u mnie z żółtych śliwek) -na przełożenie ciasta
200g ciemnej czekolady, 1 łyżka masła, 2-3 łyżki mleka -na polewę
tortownica 22-23cm (wysmarowana masłem i wysypana tartą bułką)
Przekłądamy do tortownicy i pieczemy ok. 50 minut w 180 stopniach.
Upieczone i wystudzone ciasto przekładamy konfiturą. (Komarka proponuje częśc nadzienia rozsmarować na wierzchu i po bokach tortu -dobry pomysł!).
Całość oblewamy polewą i czekamy aż zastygnie.
Smacznego!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
