A przygoda z brukwią zaczęła się od niewinnej skrzyneczki tego rzepowatego warzywa, którą dostałam w prezencie. Zacierając ręce przed brukwiowym wyzwaniem -najpierw trochę się obczytałam o tym, z czym to się w ogóle je.
I w ramach informacji dla tych, dla których stara brukiew to cudak owiany tajemnicą: warzywo to dawniej uznawało się za tradycję i podstawę polskiej kuchni. Często nazywano 'warzywem biedoty' i zapewne dzięki temu iż 'zimy się nie lęka' -wiele osób zdołało dzięki niej przetrwać zimę.
Dziś brukiew wróciła do łask. Chętnie sięgają po nią poszukiwacze tradycyjnych smaków, jak i osoby na diecie. Tych drugich zapewne zachęca fakt, iż warzywko jest sycące i niskokaloryczne. Ponadto, ma sporo zastosowań w medycynie: jest pomocna w chorobach skóry, wzmacnia włosy, działa moczopędnie, a zawarte w brukwi glukozynolaty przeciwdziałają czynnikom rakotwórczym. Brzmi ciekawie, prawda?
Ja z mojej brukwi przygotowałam sycącą zupę (której niestety nie zdążyłam sfotografować) i surówkę, która ostatecznie przekonała mnie do tego warzywa. Oto ona:
SURÓWKA Z BRUKWI
1 średni korzeń brukwi
duże jabłko (najlepiej kwaśne)
2-3 łyżki tartego chrzanu
jogurt naturalny
pół szklanki rodzynek
sól, pieprz i odrobina cukru do smaku
(ewentualnie nać selera)
Brukiew obieramy ze skóry i ścieramy na drobnej tarce. Jabłko również ścieramy drobno. Łączymy ze sobą wszystkie składniki, doprawiamy do smaku i gotowe.

